OGRÓDKI DZIAŁKOWE PRZY PARKU KOŚCIUSZKI (ul. Barbaryw Katowicach)

OGRÓDKI DZIAŁKOWE PRZY PARKU KOŚCIUSZKI

Na teren Ogródków Działkowych im Tadeusza Kościuszki prowadzi niewielka bramka niewidoczna od ulicy Zajączka. Można ją także przeoczyć, gdy patrzy się wprost na nią. Czasem jest uchylona, zwykle bywa zamknięta. Po drugiej stronie znajduje się mała enklawa spokoju. Choć tuż obok szumią setki aut pędzących w stronę Krakowa albo Wrocławia, w tym miejscu miejski zgiełk ulega zawieszeniu. Stanowi liche tło, które ledwie przebija się przez świergot ukrytych w żywopłotach wróbli. Gdy zagłębimy się w ścieżynki między ogródkami, możemy na chwilę zapomnieć, że wciąż znajdujemy się niemal w centrum Katowic, ale kiedy podniesiemy wzrok, miasto przypomni nam o sobie potężną bryłą budynku Wydziału Komunikacji, albo wzbijającym się ponad korony drzew żurawiem Spadochronowej Wieży. 

 

Nie podnośmy więc wzroku. Zapomnijmy na chwilę o mieście. Po prostu idźmy przed siebie, wybierając kolejną ścieżkę na chybił trafił. Szybko zorientujemy się, że nie mamy dostępu do wszystkich miejsc na terenie ogródków - niewielkie furtki uniemożliwiają zagłębianie się w wąskie przesmyki pomiędzy ścianami żywotników, w których stulił się przyjemny cień. Nie - to miejsce, do którego dostęp mają tylko gospodarze tego miejsca. 

Ci wiedzą, że tutejsze ogródki stanowią gratkę dla fanów dawnych Katowic, z pobłażaniem patrzą więc na przechodniów. Nie mają nic przeciwko, ale też wiedzą, że przechodzień to tylko przechodzień. Był i zaraz go nie będzie. Oni zostaną - pieląc grządki, przycinając bukszpany do kuli, czy po prostu wylegując się na wypłowiałym leżaku. Panowie okolicy, jej demiurgowie, jej driady i fauny, jej gospodarze. W sercu każdego z nich jest miłość do ziemi, sztuka ogrodu, którą próbują przekładać na pracę rąk. Skutek jest różny. Francuski ład, równo przyciętych żywopłotów koegzystuje tu z kompozycjami rodem z soplicowskiego obejścia i skalniakami na których spotykają się pampasowe trawy, niewielkie jarzęby i tandetne ogrodowe zwergi. Kontrolowana dzikość angielskiego projektu ogrodu przeradza się w niekontrolowany chaos puszczonych w samopas trawników, zdziczałych irg czy żywotników. 

Dozwolone jest wszystko, czego tylko zapragną właściciele i co tylko będą w stanie zrealizować. Dowodem ich sprawczości zawsze będzie altana. Czasem stawiana z tego, co było pod ręką - materiałów pochodzących z innych budów, albo takich kupionych w sklepie budowlanym na promocji. Czasem stawianych według planu, a czasem tylko według planu zaczętych. A potem - niech się dzieje wola nieba. 

 


Im bardziej jednak przecinamy teren Ogródków na zachód (to jest w stronę ulicy Mikołowskiej), tym przestrzeń zdaje się bardziej porządkować. Drewniane altany nabierają bardziej regularnych i przemyślanych form, przypominając alpejskie chaty, w wersjach dla lalek. To najstarsza część ogrodów, pochodząca jeszcze z początków XX wieku. Swoje powstanie ogrody zawdzięczają pomysłom Daniela Moritza Schebera (dyrektora sanatorium w Lipsku), który uważał, że kontakt młodzieży z terenami zielonymi ma na nie zbawienny wpływ - jego myślenie zakorzenione było oczywiście w galopującej w drugiej połowie XIX wieku urbanizacji. Teren, o którym mowa nazywany był zresztą ogródkami Schreberowskie. Były zorganizowane w taki sposób, by każdy mógł znaleźć tutaj coś dla siebie - znajdowała się tutaj biblioteka, a także ogródek z napojami orzeźwiającymi (mleko i piwo). A wszystko to, aby ciężko pracujący mieszkańcy miasta znaleźli odnaleźli otuchę wśród zieleń. 

 

Kiedyś teren Ogródków Działkowych sięgał aż do Parku Kościuszki. Niestety jego spora część została wchłonięta pod budowę A czwórki, która szumi, jak odległy ocean - cicho, ale nieustanie, nie dając o sobie zapomnieć. Jeśli szczęście nam dopisze, furtka od strony ulicy Barbary będzie otwarta. Wyjdziemy wprost na Miejskie Przedszkole nr 3. prezentujące inny sposób myślenia o ogrodach. Zarówno budynek jak i ogród (którego twórcą był Kazimierz Wędrowski) miały organicznie łączyć się ze sobą - na przykład dzięki wielkim przeszkleniom. Okna zaprojektowane były w taki sposób, żeby możliwie dużą ich część można było otworzyć, a wtedy ogród i wnętrze budynku stawały się jednym. Ten ogród jest przykładem ogródka jordanowskiego. To także odpowiedź na życie w przemysłowym mieście. Kontakt z zieloną przestrzenią, która choć mała, znajdowała się tuż za oknem. Ot - na wyciągnięcie ręki. 



 

 

2020-09-30

Powrót